Refleksja rodziny Nowickich z Magurskiego PN
Dziennik wypraw
Wiosenna wyprawa do Magurskiego Parku Narodowego (i nie tylko) z rodziną Nowickich
Schylam się nad wanną i spłukuję z butów beskidzkie błoto, nucąc przy tym
łemkowskie piosenki. I wiecie co? Nie czuję frustracji, ani „mi się nie chcenia”. Cały czas
jestem jeszcze duchem w zielonej pustej dolinie, gdzie kiedyś tętniło życie. Patrzę na
pierwiosnki i kaczeńce… Wspinam się ścieżką przez bukowy las, wchodzę w chmury i
mijam nie stopniałe jeszcze łachy śniegu… W dole srebrzą się banie cerkwi…
Tak było jeszcze wczoraj.
Jest 30 kwietnia piątek. Właściwie do samego wieczoru nie wiemy, czy uda nam się
dzisiaj wyjechać, czy w związku z nawałem obowiązków w pracy u Wojtka, będziemy
musieli poczekać do jutra. Udaje się i już po 18-ej wyruszamy w drogę na południe w
rejony Beskidu Niskiego, a dokładniej do Regietowa do letniej bazy namiotowej SKPB
(Studenckiego Koło Przewodników Beskidzkich) Warszawa, która będzie naszym domem
przez najbliższe trzy majowe dni. Nie musieliśmy zastanawiać się, dokąd wybrać się na
weekend majowy. Prawie zawsze spędzamy go, jak już nie raz pisałam, na Rajdach
Beskid Niski, więc i tym razem, myśli i chęci prowadzą nas właśnie tam, tylko teraz jako
wyjazd rodzinny. Jest to od razu okazja do przypomnienia sobie szlaków Magurskiego
Parku Narodowego, położonego w samym sercu Beskidu Niskiego i powiązania ich z
ekspedycją Dzika Odyseja. Nie zraża nas nawet zapowiadana zimna, deszczowa
pogoda…
Po północy, kiedy jesteśmy już niedaleko celu, a droga wiedzie nas przez odludne
lub mało ludne tereny, w jej pobliżu zaczynają pojawiać się dziwne stwory i zwierzęta.
I tak Maciek wypatrzył krzyżówkę jeżowca z gigantyczną ryjówką (która
najprawdopodobniej była borsukiem) i myszojelenia (w Polsce możemy zobaczyć go tylko
w ZOO), sarnę, niebezpiecznie stojącą przy samej drodze oraz dwie kuny. Wojtek kilka
razy wprawia samochód w taneczny ruch, omijając żaby, ropuchy i małe gryzonie
usadowione na jezdni.
Jest po godzinie pierwszej, kiedy dojeżdżamy do Regietowa. Zimno, na niebie
świeci księżyc. Rozstawiamy dwa namiociki: żeński (ja i Ania) i męski (Wojtek i Maciek),
przekąszamy małe co nieco. Opatulamy się w ciepłe śpiwory. Do snu kołysze nas szmer
przepływającego blisko potoku.
1 maja, z Folusza, wyruszamy ścieżką dydaktyczną w stronę Wodospadu
Magurskiego . Jesteśmy już na terenie parku narodowego. Miło przyświeca słoneczko,
więc chętnych na wycieczkę nie brakuje. Sama woda wodospadu spływa dwiema
kaskadami ok. 7 metrów w dół i dalej głęboką dolinką. Mamy szczęście, bo w czasie
letnim, suchym, ciurka tu tylko mała stróżka wody. Teraz w okresie wiosennym, zaraz po
roztopach, jest jej znacznie znacznie więcej. Rosnące w pobliżu buki, a zwłaszcza ich
korzenie wiją się i przybierają najróżniejsze kształty. Ania przysiada na chwilę na
bukowym tronie.
Szlak prowadzi nas dalej, przez piękną karpacką buczynę, która w tym parku
narodowym stanowi ponad 60% jego powierzchni. Na ziemi leży mnóstwo okrywek
orzeszków bukowych, bo zeszły rok był rokiem nasiennym. Buki wydają bowiem dużą
ilość nasion raz na kilka lat. Gryzonie nie dają wtedy rady wszystkich zjeść i z nasionek
„rodzą się” małe bukowe siewki. Ich pierwsze dwa listki przypominają zielone wachlarzyki.
Przyjrzyjcie się kiedyś ściółce w bukowym lesie i poszukajcie… W lesie zaczynają
pojawiać się jodły i brzozy, a my dochodzimy do Diablego Kamienia – olbrzymich sześciu
bloków skalnych sięgających do 15 m. Można je obejść i obejrzeć sobie dokładnie ze
wszystkich stron. Część z nich porośnięta jest miękkim zielonym mchem.
Zaczyna się chmurzyć, za chwilę padać, a my żółtym szlakiem, każdy ze swoim
parasolem, wędrujemy dalej. Liczba napotkanych turystów schodzi prawie do zera. W
oddali słychać grzmoty krążącej burzy. Jesteśmy coraz wyżej; wchodzimy w chmury. Las
robi się tajemniczy. Buki – srebrni rycerze, stoją wyprostowani, strzegąc karpackich
tajemnic. Na gałązkach nie ma zielonych listków, pączki ledwo co zgrubiałe.
Gdzieniegdzie pojawiają się łachy śniegu. Tutaj nie widać jeszcze wiosny. Królują barwy:
szarość, biel, czerń i brąz. Idziemy grzbietem. Odgłosy burzy oddalają się. Uff… całe
szczęście. Mży. Zatrzymujemy się na krótki postój przy skrzyżowaniu szlaków żółtego z
zielonym, aby coś przegryźć, a potem ruszamy do Rezerwatu Kornuty. Jest najstarszym
rezerwatem w Beskidzie Niskim i leży przy samej granicy z parkiem narodowym.
Charakterystyczne dla niego wychodnie skalne, przybierają fantazyjne kształty. Brnąc
przez błoto, słyszymy nagle pisk, dobiegający z góry. W oddali widzimy drapieżnego
ptaka, który wzbija się w powietrze. Przybliżenie wykonanego zdjęcia, sugeruje, że
najprawdopodobniej mamy szczęście trafić na orlika krzykliwego, który jest symbolem
Magurskiego Parku Narodowego.
Wracamy do rozwidlenia szlaków i dalej zielonym wchodzimy na Magórę Jasielską
(826 m n.p.m), Wątkową (846 m n.p.m) i Magurę (829 m n.p.m), potem zaczynamy
schodzić do Folusza. Nie pada, ale jest cały czas mgliście i robi się chłodniej. Jest około
19-ej, kiedy docieramy do niesamowitej granicy utworzonej przez przyrodę: szaro –
brązowa ściółka zamienia się nagle w intensywnie jasnozieloną, za sprawą całych łanów
czosnku niedźwiedziego. Coraz niżej i coraz zieleniej. Mokro, więc trzeba uważać na
salamandry, których spotykamy aż osiem. I co dziwne, wygląda na to, że wraz ze
spadkiem wysokości wielkość tych płazów rośnie 🙂 Zastanawiamy się, jak będzie
wyglądała salamandra napotkana na samym dole – przy wejściu do miejscowości…W
błocie zauważmy wyraźnie odciśnięty trop wilka.
Żeby dojść do parkingu, gdzie zostawiliśmy samochód, czeka nas jeszcze ok. 5 km
dreptania po asfalcie. I to już przy świetle z czołówek. Znów pada, a na domiar złego
nadal prześladuje nas pech, związany z rozklejaniem. Na wyprawie do Białowieskiego PN
odkleiły mi się ślizgi przy nartach biegowych. Tym razem trafiło na Maćka i jego buty.
Podeszwa jednego z nich klapie teraz, wybijając równy rytm o podłoże. Nie na długo
pomogły wiązania z maseczek jednorazowych czy woreczka foliowego. Jeszcze chwila i
zostaną dwie części. Na rozwidleniu w Foluszu usadawiam się więc z Maćkiem na
przystanku autobusowym, a Wojtek z Anią kontynuują ostatnie 2 km podróży, po czym
wracają po nas samochodem. Po ciepłym posiłku na polu namiotowym i ogrzaniu się przy
ognisku, szybko zasypiamy.
Następne dwa dni również obfitują w wiele wrażeń związanych z wycieczkami,
przyrodą, odwiedzanymi przez nas miejscami. Mogłabym dużo pisać, zwłaszcza,że
Beskid Niski jest mi szczególnie drogi i wiąże się ze wspomnieniami: wyprawami z moim
bratem i rodzicami, kiedy jeszcze byłam w wieku Maćka; potem z moją najlepszą
przyjaciółką, Wojtkiem… Dla Maćka, to były pierwsze góry. Miał 3 miesiące. Tu, podczas
rajdu poznałam wielu wspaniałych ludzi, np. swoją przyszłą bratową. W uroczym kościółku
w Hucie Polańskiej mój brat Mariusz i Agnieszka wzięli ślub i była to najpiękniejsza i
najbardziej klimatyczna uroczystość w jakiej brałam udział. Duży wpływ miało na to
właśnie miejsce: jesienny Beskid Niski. Pamiętam jeszcze ruiny tego kościołka… tak jak i
ruiny strażnicy, która potem zamieniła się w sympatyczne prywatne schronisko „Hajstra”;
wycieczki do doliny Ciechani, kiedy jeszcze nie była zamknięta dla turystów. Ostatnio
byliśmy tam z przewodnikiem po uzyskaniu specjalnego pozwolenia.
Cmentarzyki z okresu I wojny światowej rozsiane po całym Beskidzie, kiedyś: zarośnięte i
ukryte głęboko w chaszczach, z niebiesko-fioletowym barwinkiem, trudne do odnalezienia.
Dziś: często pięknie wyremontowane, oznakowane i opisane. Tym razem odwiedzamy
takie w Radocynie i na szczycie góry Rotunda, na który prowadzi 30- minutowy szlak obok
naszego pola namiotowego. Robimy sobie nocną wyprawę na ten najpiękniejszy w
Beskidzie cmentarz. I znowu pamiętamy z Wojtkiem czasy sprzed remontu, kiedy
drewniane wieże leżały zwalone na ziemi, połamane i popróchniałe.
Kapliczki i cmentarze w dolinach, w których kiedyś były wsie, gdzie w swoich
chyżach mieszkali Łemkowie w większości również zostały odnowione. Przy wejściu do
wsi stoją teraz symboliczne drewniane drzwi z jej opisem. Potoki płynące dolinkami także
się zmieniły. Tym razem „pazurki” maczały w tym bobry. Pamiętam wąskie szemrzące
strumyczki, teraz zamienione w rozlewiska z licznymi tamami. Wyglądają pięknie, ale
inaczej… Takie prace bobrów widzimy tym razem w dolinie Radocyny i przy zejściu do
Regietowa.
Pisząc o Magurskim PN i całym terenie Beskidu Niskiego, nie można nie
wspomnieć o przepięknej drewnianej architekturze sakralnej. Odwiedzamy kościołek w
Sękowej, cerkiew w Skwirtnem i Kwiatoniu, po którym oprowadza nas przewodnik.
Nowoczesne muzeum przyrodnicze w Krempnej, ze względu na pandemię jest
teraz zamknięte, ale byliśmy w nim już wcześniej i gorąco polecamy. Tym razem mamy
swoje muzeum przyrodnicze w naturze. Wystarczy tylko patrzeć, słuchać i zbytnio nie
hałasować, a przy szlaku można zobaczyć, tak jak my: salamandry, ślimaki, również
pomrowy, orlika krzykliwego, zięby, kowaliki (jeden mieszka na naszym polu namiotowym),
mnóstwo różnych owadów, ropuchy, żaby, kumaki, małe gryzonie, skrzek w kałużach.
Badylarka pospolita, uczepiona gałązki, zostaje naszą ulubienicą. Wygląda tak słodko,
kołysząc się na wietrze, trzymając się swoim ogonkiem, ruszając wąsikami i patrząc na
nas oczkami czarnymi jak paciorki. Spotykamy ją przy czerwonym szlaku w drodze na
Kozie Żebro. Przy strumieniach: knieć błotna (kaczeńce), pierwiosnki, żywiec, czosnek
niedźwiedzi, podbiał, lepiężnik, zawilce, fiołki, szczawik zajęczy…
I co z tego, że wiatr, deszcz, burza, w nocy temperatura bliska zeru, grad, mgła,
mało słoneczka, a na szlakach duuużo błota. Pogoda odstrasza od mycia w górskim
strumieniu, ręczniki wracają więc w prawie nieskazitelnym stanie. Nie ma to jak mokre
chusteczki! Za to jaka frajda, po powrocie do domu do Warszawy, umyć się i wygrzać w
ciepłej wodzie w wannie. A potem zabrać się za zmywanie błota z butów, stuptutów,
kurtek, plecaków i parasoli…
Do zobaczenia na szlaku w Magurskim Parku Narodowym… albo w innej części
Beskidu Niskiego!









