Refleksja rodziny Czajek z Gorczańskiego PN
Dziennik wypraw
Czajki w Gorczańskim Parku Narodowym
Ależ nam brakowało tych wyjazdów! Kto by przypuszczał, że w zaledwie 5 miesięcy wyrobi się u nas taki nawyk, że w momencie kiedy się dowiedzieliśmy, że marcowy wyjazd jest odwołany, poczuliśmy niemal fizyczny ból. Kolejną stratą był kwiecień i w maju już naprawdę mieliśmy nadzieję, że się uda, ale przyszło nam czekać aż do czerwca. Trzeba jednak oddać sprawiedliwość Gorczańskiemu Parkowi Narodowemu – wynagrodził nam długie oczekiwanie z nawiązką.
Po długim przymusowym zamknięciu w domu całą rodziną, po niepewności i strachu, próbie odseparowania wyimaginowanych lęków od prawdziwych zagrożeń, wyjazd w naturę był jak piękny plasterek na nasze zmartwienia. Przewidzieliśmy na ten park 4 dni, żeby spokojnie się nacieszyć naturą.
W drodze do Nowego Targu zatrzymaliśmy się w Krakowie pozdrowić smoka wawelskiego i chociaż przez kilka godzin poczuć klimat tego wiekowego miasta. Miło było przechadzać się po zabytkowych uliczkach, jednak po tak długiej izolacji czuliśmy się nieco niezręcznie otoczeni ludźmi i bez wielkiego żalu ruszyliśmy w dalszą drogą. Do Nowego Targu dotarliśmy po południu i z miejsca zakochaliśmy się w apartamencie w którym mieliśmy nocować – posiadał wygodny taras z widokiem na panoramę Tatr, a przez cały nasz pobyt widoczność była po prostu zjawiskowa. Herbatka i książeczka + taki widok – dla takich chwil warto żyć. Dodatkowo dzieci naszych gospodarzy były w wieku naszych i dość szybko złapały wspólny język, dając nam chwilę na odsapnięcie i połączenie się ze swoimi myślami.
Następnego dnia, dzień przed oficjalnym spotkaniem dzikoodysejowym, wybraliśmy się na wyprawę ścieżką dydaktyczną z Łopusznej do Jankówki. Trasa była bardzo malownicza, pogoda piękna, a ludzi nie było prawie wcale. Czuliśmy, że możemy odetchnąć pełną piersią i nacieszyć oczy cudownymi widokami – soczyście zielonymi lasami, kwitnącymi łąkami, charakterystycznymi dla tego parku i oczywiście widokiem na Tatry. W drodze powrotnej złapała nam mała mżawka, dzięki której nie czułam się głupio targając ze sobą całą drogę kurtki przeciwdeszczowe. Wyprawa była naprawdę długa i zróżnicowana, zachwycająca. Salamandry, mimo sprzyjających warunków, nie udało nam się wypatrzeć.
Następnego dnia spotkaliśmy się w małych grupach o wyznaczonej godzinie z pracownikami parku narodowego przed Centrum Edukacyjnym, gdzie wysłuchaliśmy na świeżym powietrzu ciekawostek związanych z Gorcami. Nowa forma rozpoczęcia spotkań wynikała z restrykcji sanitarnych, ale również ze zdrowego rozsądku – dzikoodysejowicze pochodzą z różnych części kraju i integracja w pełnym składzie w zamkniętej sali nie byłaby wskazana.
Głównym punktem programu była samodzielna wyprawa na Turbacz w celu odnalezienia kierownika wycieczki i zdobycia od niego łaponaklejki potwierdzającej wykonanie zadania. W przeciwieństwie do poprzedniego dnia, czuliśmy się przytłoczeni ilością ludzi na szlaku. Była piękna sobota i najwyraźniej nie byliśmy jedynymi osobami spragnionymi obcowania z naturą. Gdybym miała wybór, udałabym się w mniej uczęszczane obszary parku, ale zadanie jest zadaniem i nie ma co kręcić nosem. Podejście było momentami bardzo wyzwaniowe, słońce mocno prażyło w plecki, a w dodatku przy schronisku okazało się, że musimy pokonać jeszcze dodatkowy kilometr, bo naklejki były wydawane na Długiej Hali. Nasze zmęczenie jednak pierzchło jak zobaczyliśmy jak tam pięknie – błękitne niebo z białymi puszystymi chmurami podkreślało zieleń hali obsypanej intensywnie żółtymi kwiatami. I oczywiście w oddali cudowny widok na Tatry. Wszystko to tak piękne, że aż nierzeczywiste, jakby ktoś nałożył na zdjęcia zbyt intensywne filtry.
Wracaliśmy przez faktyczny szczyt Turbacza. Byliśmy już porządnie zmęczeni – wykorzystaliśmy ten dzień na maksa. Jak to dobrze, że w czerwcu dni są tak długie. Zejście było bardzo szybkie i wypełnione fantastycznymi rozmowami z dziećmi – Tata poszedł przodem z Tymkiem (nie wiem jakim cudem byli od nas szybsi, bo my naprawdę nieźle zasuwałyśmy), a my z tyłu zatopione w uważnej rozmowie.
Na parking dotarliśmy ok 19 i byłam pewna, że w czasie godzinnego powrotu do Nowego Targu dzieci zasną snem sprawiedliwego. Ale gdzie tam – ostatecznie szaleli z dziećmi naszych gospodarzy do 23! Nie wiem skąd taka energia.
Trudno nam było wyjeżdżać z Gorców, dlatego ostatniego dnia przed wyjazdem wybraliśmy się na krótką w porównaniu z poprzednimi, ale równie przyjemną wycieczkę na Łapsową Polanę i poleniliśmy się na hamakach w schronisku. Wracając dzieci popluskały się w strumyku przecinającym szlak, co przypomniało mi moje wakacyjne zabawy na wyjazdach z Babcią.
Gorce – możecie być pewne, że jeszcze do Was wrócimy! Mam nadzieję, że jeszcze długo zostaniecie mniej popularne i w sumie zachwalając Wasze uroki strzelam sobie w kolano, ale trudno ten zachwyt powstrzymać. Niech więc idzie w świat.









